Milena

w Paryżu

Właścicielka firmy w centrum Paryża, prowadząca warsztaty z managementu interkulturowego oraz szkołę językową. Głównie uczy języka francuskiego, ale także angielskiego. Ten opis pasujący do francuskiej dziewczyny ze stolicy dotyczy rodowitej szczecinianki – Mileny Koralczyk, która do Francji wyjechała w 2002 roku, czyli zanim Polska dołączyła do Unii Europejskiej.

Jeszcze będąc nastolatką, po szkole podstawowej nr 59 na prawobrzeżu, wybrała edukację w LO III w Dąbiu, jak sama mówi – z uwagi na planowaną klasę z rozszerzonym językiem właśnie francuskim. Ostatecznie jednak z planów wyszły wówczas nici i Milena postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Zdała maturę i wyruszyła do Paryża jako au pair. W Szczecinie mieszkała więc tylko do osiemnastego roku życia, a jej wspomnienia kończą się na pracy jako sprzedawca lodów podczas Dni Morza i w wypożyczalni kaset video na osiedlu Bukowym pod koniec nauki w liceum.

Przyjazd, a nie wyjazd

Kierunek Paryż nie był w przypadku Mileny przypadkowy. Jako dziecko mnóstwo czasu spędzała z babcią, która właśnie francuskiego zaczęła uczyć się jeszcze przed wojną, a potem kontynuowała naukę w państwowym gimnazjum.

– To właśnie ona zaszczepiła we mnie najpierw fascynację językiem, a wkrótce także kulturą i samym wyobrażeniem Francji – wspomina Milena Karolczyk. – To nie były przecież czasy internetu, gdzie w każdej chwili można zobaczyć dowolne miejsce na świecie. Wówczas obraz powstawał w mojej wyobraźni na podstawie opowieści babci! Nieco później, w szkole, na lekcjach języka i historii, ale i nauk ścisłych, widziałam, jak wiele nurtów, trendów kulturowych i intelektualnych pochodzi właśnie z Francji i moje zainteresowanie tym krajem nieustannie rosło.

Milena nie tylko uczyła się języka, ale także zgłębiała wiedzę o historii kraju, ludziach tworzących tamtejsze społeczeństwo i poszczególnych miastach. Wśród wielu atrakcyjnych miejsc szybko szczególną jej uwagą zaczął cieszyć się sam Paryż. Sama nazwa przywodzi do głowy charakterystyczne obrazy nam wszystkim, nie tylko dlatego że sami mieszkamy w Paryżu północy... Rezultatem tej narastającej fascynacji Francją i jej stolicą był właśnie przyjazd do niej. Milena podkreśla, że jej podróż to nie był wyjazd z Polski, ale właśnie przyjazd do Paryża.

– Mnie przyciągnęły przede wszystkim estetyka i pocztówkowa atmosfera miasta, jak również dostęp do kultury przez wielkie „K” - mówi Milena. – Dodatkiem było szerokie pojęcie wolności, jakiego wyobrażenie powstało w moich marzeniach i w dość dużym stopniu okazało się rzeczywistością. Duże miasta przyciągały mnie od zawsze, ale pomimo tego wszystkiego, wcale nie było tak sielankowo od samego początku. Zanim poczułam, że Paryż to moje miejsce w stu procentach, przebyłam dość długą drogę i to daleką od pocztówkowych malowniczych alei…

Paprykarzem na Place de la Concorde

Pierwsze dni w stolicy Francji stanęły z jednej strony pod znakiem ciekawości i oczekiwania nowych przygód w nowych miejscach. Z drugiej, szybko pojawiła się tęsknota za domem, rodziną i przyjaciółmi.

– Po pierwszych kilku tygodniach było lepiej – wspomina Milena. – Poznałam nowych ludzi, znalazłam „moje pierwsze miejsca”, do których wracam do dziś z dużą nostalgią. Z czasem chęć powrotu ustąpiła miejsca pewnego rodzaju nostalgii, która pojawia się częściej lub rzadziej, ale jednak raczej cyklicznie. Obecnie przyjeżdżam do domu rodzinnego przynajmniej dwa razy w roku, a w idealnym świecie chętnie spędzałabym dwa-trzy miesiące w roku w Szczecinie.

Do dziś żywym wspomnieniem jest dla szczecinianki dzień wyjazdu z naszego miasta. Z entuzjazmem opowiada o każdym szczególe tej wyprawy w nieznane.

– Przyjechałam minibusem, który miał kolor pomarańczowy i nazywany był „paprykarzem” – śmieje się Milena. – Przywiózł mnie na paryski Plac Zgody (Place de la Concorde) – wówczas przed bramą do ogrodów Tuileries znajdował się nieoficjalny przystanek dla autokarów. Pierwsze wspomnienie momentu, kiedy postawiłam stopę w Paryżu, to zatem widok mnóstwa autobusów i rzeszy ludzi z różnych krajów z nich wysiadającej, ruchu samochodów, ogromnie szerokich przejść dla pieszych, zejścia do podziemi metra i…przepięknie oświetlonej Wieży Eiffela w oddali!

Jako au pair Milena miała zapewniony dach nad głową, wyżywienie a nawet kieszonkowe w wysokości 400 euro. Plan był taki, aby w ten sposób popracować i poznać Paryż w czasie dziesięciu miesięcy. Szczecinianka chciała odłożyć nieco w czasie schemat studia-praca-rodzina czując, że to jeszcze nie czas na przystąpienie do jego realizacji. W zasadzie można powiedzieć, że nieco odwróciła ten trend, wszak zamieszkała w domu z rodziną, w której sprawowała funkcję au pair.

– Te pierwsze dziesięć miesięcy jako au pair to była absolutna bajka. – mówi Milena. - Zajmowałam się dziećmi po kilka godzin dziennie, a raz w tygodniu - w środy przez cały dzień, bo we Francji dzieci w środku tygodnia nie chodzą do szkoły. Właśnie w środy byłam z nimi od dziewiątej do dziewiętnastej, ale nawet to nie było dla mnie męczące, bo wszystko było nowe i ekscytujące. Poza opieką nad dziećmi chodziłam do szkoły językowej, a każdą wolną chwilę spędzałam na mieście. Chodziłam, biegałam, zwiedzałam. To był rok beztroskiego życia i intensywnego poznawania Paryża.

Czas minął szybko i po upływie dziesięciu miesięcy, Milena musiała wrócić do Polski. Rozpoczęła studia na kierunku – a jakże – filologia francuska na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Co ciekawe, wcześniej sądziła, że studiować będzie cytologię lub genetykę, ale pobyt we Francji dużo pod tym względem zmienił.

– Po pierwszym roku we Francji wiedziałam, że wrócę i że mój pobyt będzie tym razem dużo dłuższy – wspomina Milena. - Musiałam tylko przekonać rodziców, co nie było łatwe. Zaliczenie pierwszego roku jakichkolwiek studiów w Polsce było warunkiem. Rodzice mieli nadzieję, że po tym czasie przemyślę decyzję.

Przemyślenia tylko utwierdziły szczeciniankę w pierwotnej decyzji. Studia postanowiła kontynuować na Sorbonie, a jednocześnie znów zaczęła pracować jako au pair, tym razem po zajęciach. Pracowała także w soboty i wakacje – najpierw w sklepie obuwniczym, potem w salonie odzieżowym, finalnie u Diora.

– To w tym sklepie często bywał Karl Lagerfeld, kupując drobne prezenty, dla gości których – jak się mówiło – zapraszał co sobotę na swoje przyjęcia. Zawsze był bardzo uprzejmy, niezwykle elegancki i zostawiał po sobie świetne wrażenie – mówi Milena. – Każda z jego wizyt stanowiła dla mnie nie lada przeżycie, czułam się wówczas jak bohaterka jakiegoś filmu. Takiego, który trwał także po pracy – mieszkałam bowiem wówczas na ostatnim piętrze starej kamienicy i miałam najmniejszy balkonik jaki można sobie wyobrazić. Metr kwadratowy to chyba aż za dużo powiedziane. Było z niego widać jednak Wieżę Eiffela.

Milena skończyła we Francji studia magisterskie z lingwistyki, ze specjalizacją w nauczaniu języka biznesowego. Lingwistyka bardzo analityczna: semantyka, semiotyka, składnia, fonologia, statystyka, analiza korpusów - nawet HTML, co okazało się później niespodziewanie użyteczne w świecie technologii i marketingu. Dzięki koleżance – Polce - zaczęła pracę w Weboramie, w bardzo technicznym świecie reklamy i danych. Po pięciu latach – jak mówi - poczuła, że robi się za wygodnie, więc zmieniła firmę, a potem trafiła do wydawnictwa gazety Le Monde, co było dla niej symbolicznym momentem uznania jako dla imigrantki. Współkierowała zespołem marketingowym, pracowała nad strategią danych, produktami, regulacjami rynku reklamy, mediami. Był to bardzo intensywny i przekrojowy etap.

– Dziś jestem całkowicie niezależna zawodowo. – podsumowuje. - Ponad osiem lat temu założyłam własną szkołę językową. Współpracuje ze mną kilkanaście osób, pracujemy głównie z całymi firmami, uczymy języków i komunikacji międzykulturowej. Paryż jest ogromnym tyglem kulturowym, a różnice w stylach komunikacji realnie wpływają na efektywność zespołów. W mojej L’Ecole Parisienne de Langues uczymy firmy, jak to rozumieć i zarządzać w warunkach międzynarodowych. Pracujemy z branżami związanymi z luksusem, technologią, funduszami inwestycyjnymi, startupami, instytucjami publicznymi, sektorem medycznym. Robię też projekty konsultingowe związane z technologią i lokalizacją firm na rynku francuskim.

Stereotypy do lamusa

Chcąc jak najlepiej poznać język i być zmuszoną do jego używania, Milena przez pierwsze lata rzadziej nawiązywała kontakty z Polakami mieszkającymi na co dzień w Paryżu. Dziś jej grono znajomych z Polski powiększyło się w znaczny sposób, tworząc swoistą społeczność, w której nasi rodacy chętnie pomagają sobie nawzajem. Szczecinianka zaobserwowała na przestrzeni lat również zmianę w podejściu rodowitych Francuzów do Polski i Polaków.

– Pamiętam, że lata temu nasz kraj większości kojarzył się bardziej z Syberią niż rozwiniętym krajem europejskim – wspomina Milena. – Polki były natomiast postrzegane jako ładne, egzotyczne wschodnie dziewczyny szukające francuskich mężów. To się zmieniło, dziś jesteśmy doceniane i chętnie zatrudniane. Ta łatka funkcjonująca w przeszłości była dla mnie także impulsem, aby bardziej efektywnie uczyć się języka. Nadal jednak funkcjonuje tutaj powiedzenie „saoul comme un Polonais” (pijany jak Polak). Liczę, że i to się zmieni, choć Francuzi lubią przejaskrawiać pewne zjawiska i nadać innym krajom jakieś cechy pół żartem, pół serio. Jednak w obecnym świecie, gdzie wielu także Francuzów odwiedza Polskę turystycznie i poznaje nasz kraj, postrzeganie Polski jest zupełnie inne niż dwadzieścia lat temu. Dodatkowo, Polacy zajmują wiele stanowisk w dobrych firmach na równi z Francuzami, już nie tylko w tzw. budowlance czy przy sprzątaniu. O słynnym Polaku-hydrauliku nie wspominając. Jedna opinia jest jednak niezmienna – Polak to dla Francuzów ktoś, kto zawsze sobie da radę. Geneza tego sięga jeszcze pierwszej wielkiej emigracji… Ze znanych Polaków – według moich obserwacji – najbardziej rozpoznawalni są Fryderyk Chopin, Robert Lewandowski i Lech Wałęsa. Maria Skłodowska-Curie jest tutaj po prostu Marią Curie, Francuzką. To może dziwić, ale widzę po sobie, że w pewnym momencie przestałam być obcokrajowcem, a zaczęłam być traktowana jako miejscowa. Francuzi przyjmują bowiem chętnie do swojej społeczności i nie ma w tym zupełnie żadnych złych intencji czy braku uznania dla innego kraju.

Milena Koralczyk do dziś wspomina wrażenie, jakie na Francuzach zrobiła kampania ze wspomnianym hydraulikiem z naszego kraju w roli głównej. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej bano się, że nastąpi zalew tamtejszego rynku tanimi pracownikami ze wschodu, którzy zabiorą pracę miejscowym. Polska Organizacja Turystyczna odpowiedziała kampanią, której twarzą był przystojny hydraulik, a hasło brzmiało: „Zostaję w Polsce, wy też przyjedźcie zwiedzić!”.

Stereotypy działają jednak w obie strony. Beret z antenką to folklor i gadżet dla turystów – dziś Paryżanie się tak nie ubierają. Słynna bagietka traci trochę na znaczeniu na rzecz acai bowl (mus owocowy) i tostów z avocado. Moda w stylu retro też zniknęła z ulic.

Petite Pologne

Jako że naszych rodaków można spotkać niemal na całym świecie, to wyjątkiem nie jest tu także Paryż. Zdarza się tu usłyszeć polski język, można także natrafić na swojsko brzmiące nazwy sklepów czy lokali gastronomicznych. Są także polskie kościoły, gdzie msze prowadzi się także w naszym języku.

– Ja dopiero teraz odkrywam tę Małą Polskę tutaj, w Paryżu – przyznaje Milena. – Zaczęłam bywać w restauracji „Matka” gdzie polski kucharz do naszych dań dodaje także nutkę kuchni francuskiej, nieco je modyfikując.

Istnieją kluby integracyjne, spotkania w różnych grupach zainteresowań, które skupiają Polaków lub szersze grono imigrantów.

– Jeśli chodzi o integrację z Francuzami i język, moja historia była dość specyficzna. – mówi Milena. - Kiedy przyjechałam, trafiłam do szkoły, która była trochę jak zagłębie au pair ze Wschodu. Było nas tak dużo, że można było funkcjonować głównie po polsku, trochę po rosyjsku, ukraińsku czy rumuńsku. Francuski nie był konieczny do przeżycia. Z jednej strony to było komfortowe, w dodatku były tam same dziewczyny, które znalazły się w identycznej sytuacji. Z drugiej strony miałam bardzo silne poczucie, że to jest równoległa rzeczywistość „imigrancka”, w której można utknąć na lata. Pomyślałam wtedy: chcę kiedyś pracować z obcokrajowcami, bo chcę im dać zupełnie inne doświadczenie. Nie „francuski z podręcznika”, tylko realne zanurzenie w języku, kulturze, kodach społecznych, w tym, jak ludzie mówią na ulicy, w firmach, w administracji. Bo szkoły językowe często uczą poprawnego, ale sztucznego języka, a potem człowiek wychodzi w teren i ma poczucie, że to są dwa różne światy.

Paryskie dzieci się nie nudzą

Szczecinianka bardzo chwali sobie Paryż jako miejsce do wychowywania dzieci, choć wskazuje na normy prawne nie dające mamom dużo czasu na zajmowanie się tylko dzieckiem.

– We Francji dzieci bardzo wcześnie trafiają pod opiekę instytucji wspierających rodziców, którzy przecież muszą na co dzień pracować. – mówi Polka. - Urlop macierzyński jest krótki. Kiedy byłam w ciąży siedem lat temu, miałam tylko dziesięć tygodni wolnego. Teoretycznie, gdy córka miała niecałe trzy miesiące, powinnam była wrócić do pracy. Ja tego nie zrobiłam, bo moja mama przyjechała i bardzo mi pomogła, więc pracowałam tylko częściowo, a córka poszła do żłobka późno – bo w wieku sześciu miesięcy. Normą jest jednak żłobek od dziesiątego tygodnia życia. Francuski system zakłada, że matki bardzo szybko wracają do pełnego życia zawodowego.

Żłobki działają najczęściej od ósmej rano do osiemnastej lub nawet później. Są płatne, a koszt zależy od dochodów rodziców. Bywa, że najbogatsi nie łapią się na wolne miejsce i muszą w zamian zatrudniać nianię – bywa, że taką, która dzieli swój czas na dwie rodziny. Szczecinianka jest pod wrażeniem instytucji kulturalnych, które wychodzą naprzeciw młodym mamom. Jak mówi – miasto jest bardzo dla dzieci rozwijające, oferujące nie tylko atrakcje jako takie, ale także te z walorem edukacyjnym i właśnie rozwojowym w tle. Opera, filharmonia, balet – tutaj posyła swoją pociechę regularnie. Dochodzą do tego warsztaty manualne w Muzeum Sztuk Dekoracyjnych przy samym Luwrze i turnieje sportowe, gdzie liczba startujących, np. w judo, to zawsze kilka setek dzieci. Najmłodsi mieszkańcy stolicy Francji już w wieku trzech-czterech lat mogą przebierać w sposobach spędzania wolnego czasu i znaleźć hobby próbując niemal wszystkiego, co tylko jest możliwe. Od trzeciego roku życia również obowiązkowo idą do szkoły. Tam również mogą zostać po lekcjach, które kończą się po godzinie szesnastej trzydzieści. W ramach opieki przewidziano nawet wspólne odrabianie lekcji z opiekunem czy też zajęcia sportowe. Co ciekawe – środy są wolne.

– Mam więc poczucie, że francuskie dzieciństwo jest bardzo uporządkowane, intensywne, „zinstytucjonalizowane”. Dzieci szybko stają się samodzielne, ale też bardzo dużo czasu spędzają poza domem. Wydaje mi się, że to spora różnica kulturowa względem Polski. – podsumowuje Milena. – Jednocześnie staram się spędzać z dzieckiem jak najwięcej czasu się da. W dodatku – moja córka ze mną rozmawia tylko po polsku, a z tatą po francusku. Dzięki temu zna oba języki, a zdarza się, że wtrąca jakieś słowo nie z tego, w jakim w danym momencie mówi.

Miasto pełne miejsc

Milena przyjeżdżając do Francji władała francuskim – jak sama ocenia – na poziomie A2. Na samym początku, z rodzinami których dzieci miała pod opieką, rozmawiała także po angielsku. Dopiero pełne zanurzenie się w paryskim świecie, życie wśród Francuzów, dało jej błyskawiczny progres językowy i dziś mówi biegle, jak rodowita paryżanka. Zauważa jednak istotną różnicę na przestrzeni ostatnich lat – kiedyś angielski nie był w Paryżu normą, dziś można się nim swobodnie porozumiewać i żyć tam zupełnie nie znając francuskiego.

A życie wygląda nieco inaczej niż w Polsce. Pracę zaczyna się około dziewiątej rano, kończy po dziewiętnastej. W środku dnia jest godzina, półtorej, wolnego czasu – ale nie jest on płatny. Wówczas pracownicy załatwiają drobne sprawy na mieście, jedzą lunch a nawet chodzą na siłownię lub zajęcia jogi. Jeszcze inni spacerują po swoich ulubionych miejscach. Ma je także Milena.

– Bardzo lubię wracać do restauracji Derrière. Szukajcie tu słynnej palarni, do której wchodzi się przez starą szafę – zajrzyjcie nawet, jeśli nie palicie. – zaprasza Milena. –Także do baru Andy Wahloo, czy Georgii, niedaleko placu République. Z niektórymi znajomymi spotykam się na Montmartrze, z innymi przy Bastylii czy w centrum, lub w mojej dzielnicy, gdzie jest też część azjatycka z mnóstwem knajp.

Paryż stoi oczywiście jednak głównie pod znakiem kultury. W tym zakresie także można znaleźć tam coś dla każdego.

- Uwielbiam chodzić do opery, nawet moment antraktu jest tu wyjątkowy – kiedy można zjeść pyszną kanapkę z truflą i wypić lampkę szampana, obserwując innych widzów, w tym ich stroje - od jeansów po suknie wieczorowe. To jest taki mój mały paryski rytuał, powtarzany kilka razy w roku, często solo. Kiedy to robię, pozwalam sobie na najlepsze miejsca – to mój moment pobycia samej ze sobą, celebracji miejsca i czasu.

Szczecinianka nie boi się poruszać sama po mieście, które ma przecież także swoje zakamarki.

- Nie uważam, żeby Paryż był miastem niebezpiecznym. Przez ponad dwadzieścia lat miałam jedną nieprzyjemną sytuację, próbę – nieudaną - kradzieży torebki, i to w bardzo eleganckiej dzielnicy. Takie rzeczy mogą zdarzyć się wszędzie – czasem właśnie tam, gdzie są pieniądze i okolica wydaje się elegancka i wolna od takich spraw. Są gangi, głównie narkotykowe, ale to raczej na blokowych przedmieściach.

Unia otworzyła drzwi

Życie Polki we Francji stało się nieporównywalnie łatwiejsze w momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej. Każdy Polak może dziś mieszkać i pracować w tym kraju bez dodatkowych pozwoleń – to tak, jakbyśmy przeprowadzali się ze Szczecina na przykład do Krakowa. Polak może więc używać we Francji polskiego prawa jazdy, dowodu osobistego. W przypadku planów dłuższego pobytu, warto mieć ze sobą jeszcze jeden dowód tożsamości (najlepiej paszport) i akt urodzenia – przetłumaczony przez tłumacza przysięgłego. Po roku, polskie prawo jazdy należy wymienić na francuskie, co jednak jest tylko formalnością załatwianą online. Przyjazd samochodem należy poprzedzić zakupem karty „CritAir”, którą należy umieścić na przedniej szybie.

– Osoby spoza Unii mają znacznie trudniej, a procedury są bardzo wymagające – przyznaje Milena. – Ja dziś nie jestem już obcokrajowcem – mam narodowość francuską – więc funkcjonuję jak każdy inny mieszkaniec. Natomiast pamiętam początki i faktycznie bywały trudne. Największym wyzwaniem jest administracyjny „galimatias”: żeby wynająć mieszkanie, trzeba mieć konto w banku; żeby otworzyć konto, często trzeba mieć adres zamieszkania i pracę. A do pracy przyjmą tylko z kontem we francuskim banku. Wszystko jest ze sobą powiązane i na starcie może to być frustrujące. Do tego dochodzi czas oczekiwania na numer ubezpieczenia społecznego czy inne formalności. Ja we Francji nauczyłam się cierpliwości. Bywa pod górkę, ale okazując szacunek i trochę uśmiechu, wszystko się da załatwić.

Na co dzień Milena po centrum porusza się głównie rowerem i metrem. Tym drugim głównie wtedy, kiedy pogoda do tego zmusza, a ilość dni deszczowych zaskoczył szczeciniankę in minus – w stolicy Francji pada bowiem dość często.

Kolonijna przeszłość

Francja jako kraj znacznie różni się w swojej historii od Polski. Kolonialna przeszłość i zupełnie inaczej rozumiane niektóre prawa zaskoczyły Milenę, kiedy z bliska zaczęła obserwować pewne zjawiska, nieznane u nas.

– Zdziwiła mnie walka kobiet o swoje prawa. Francja wydaje się taka wolna, a jednak prawa kobiet są tu stosunkowo świeże. Kobiety mogą głosować dopiero od 1946 roku, mogą pracować od lat czterdziestych i mieć konto w banku od 1965 roku - wcześniej zarobki trafiały na konto męża! To wszystko wcale nie jest tak odległą historią. Jeśli zostajemy przy prawach, to ciekawe jest tu spojrzenie oczami byłego imperium kolonialnego, które rozsypało się nie tak dawno. Algieria nie jest francuska zaledwie od 1962 roku, a ostatnie wyzwolenia: Komory, Djibouti i Vanuatu, to lata 75-80. – wylicza Milena.

Również cały szereg codziennych zachowań paryżan może z początku być nieco przez nas nierozumiany. Biznes w stylu „wait and see” wydaje się być normą, podobnie jak konserwatywne do niego podejście – często nieadekwatne do błyskawicznie zmieniających się realiów w świecie. Milena wylicza jednak także bardziej przyziemne dziwactwa, jak np. niezdejmowanie butów w domu czy brak klamek z zewnętrznej strony drzwi wejściowych – a w ich miejsce tylko nieruchome gałki. Często mieszkania pozbawione są dzwonków czy nawet numerów, za to można spotkać na drzwiach napisane nazwisko mieszkańca. Dodatkiem jest urząd tzw. gardienki, czyli dozorczyni. Jest ich co prawda coraz mniej, ale takie osoby opiekujące się daną kamienicą można jeszcze spotkać dość często. Przechodzenie na czerwonym świetle to norma, tak samo jak pralnia niemal na każdej ulicy. Jako miłośniczka psów – Milena swojego czworonoga musiała z kolei nazwać imieniem zaczynającym się od litery, jaka obowiązywała w danym roku. Po imieniu – łatwo można zatem odgadnąć jego rok urodzenia! Szczecinianka nadal krzywi się jednak na pytanie o humor Francuzów. Bywa bowiem bardzo przaśny i dosłowny, choć trudno się przy nim nie uśmiechnąć.

Nie tylko Lagerfeld

Paris, Paris… to miasto chyba wszystkim kojarzy się nie tylko z piosenką Catherine Deneuve i Malcolma McLarena, ale także ze sławnymi postaciami świata filmu, mody i muzyki. Mieszkając tak długo w stolicy Francji, listę spotkanych osób z wielkiego świata, Milena zapełniła dość ciekawymi nazwiskami.

– Nie wiem, ile sław mogłam po prostu przeoczyć – śmieje się. – Będąc w restauracji jednego z tutejszych szykownych hoteli, od razu jednak poznałam, że przy stoliku obok zasiada Jean Reno. Będąc studentką, pracowałam w sklepie Diora, gdzie wiele razy miałam okazję obsługiwać nie tylko wspomnianego już Karla Lagerfelda, ale także znanego DJ-a, Davida Guettę. Jako au pair z kolei pracowałam w lecie dla Alexa Bernardina – to syn założyciela niezwykle znanego tutaj kabaretu Crazy Horse. To miejsce na miarę Moulin Rouge. W ramach obecnej pracy mam kontakt z wieloma znanymi postaciami ze świata kultury i polityki, a z bardziej barwnych postaci wymienię jeszcze projektanta mody Ricka Owensa, z którym zajęcia mam prawie codziennie. Dzięki niemu nie tylko regularnie uczestniczę w pokazach mody, ale też zobaczyłam swoje nazwisko na ścianie Palais Galliera – gdzie w ten sposób wyraził podziękowania dla kilku osób z którymi współpracował. Pokazy Owensa to wydarzenia o wielkiej skali i popularności.

Prestiż  
Kwiecień 2026